26 kwietnia

Ślub stulecia, czyli o tym jak Karol i Diana wylądowali przed ołtarzem


Dzisiaj temat raczej ciężki dla brytyjskiej monarchii, bo skupimy się na chwilę na ślubie stulecia, czyli tej słynnej uroczystości zorganizowanej z niesamowitym rozmachem, która dzisiaj jest modelowym przykładem najlepszej jakości parodii. 

Mówi się wprost, że Karol właściwie nie chciał ślubu. Z nikim. Jednak jako następca tronu nie mógł sobie na podobne szaleństwo pozwolić, więc znalazł dziewczynę, która wydała mu się odpowiednia - młodą, dziewicę, zdrową, wysportowaną, dość ładną, całkiem sympatyczną, niespecjalnie inteligentną i na dodatek anglikankę, pochodzącą z arystokratycznej rodziny, a potem zrobił z niej swoją żonę, dla własnego świętego spokoju, dla spokoju swojej rodziny oraz całego narodu, który zaczął mu wypominać, że jest już mężczyzną po trzydziestce. 

No i zobaczyliśmy wszyscy (a raczej zobaczyli ci, którzy wówczas byli już na świecie, ja się do takich osób niestety nie zaliczam) lady Dianę Spencer w tej niesamowicie strojnej karecie, zmierzającej do katedry Św. Pawła, niczym księżniczkę z bajki Disney'a udającą się na bal do zamku swojego księcia. W tym samym czasie ulice Londynu w odkrytym powozie przemierzał również przyszły pan młody ze swoim bratem, Andrzejem. Machali do zgromadzonych tłumów i uśmiechali się szeroko. Publika szalała. Dosłownie. 

Embed from Getty Images 
Kiedy Diana wysiadła z powozu, świat ujrzał wreszcie tę olbrzymią (nie da się chyba opisać jej inaczej) suknię z kilkumetrowym trenem projektu Davida Emmanuela. Przyszła księżna wmaszerowała w niej po licznych schodach katedry i, raczej wspierając ramieniem swojego ojca, niż będąc przez niego wspieraną, przy dźwięku fanfar ruszyła ku swojemu przeznaczeniu. Matka Diany, patrząc na to ubrana w kobaltowe wdzianko, miała, co ciekawe, dość nietęgą minę. Lekko uśmiechali się za to Królowa Matka oraz książę Filip, natomiast sama monarchini miała minę zupełnie obojętną, czyli nie mniej i nie więcej, tylko taką jak zawsze.

Po tradycyjnym rozpoczęciu nabożeństwa książę Karol został zapytany czy ślubuje m.in. kochać Dianę, na co odpowiedział, że tak. Podobnej odpowiedzi na podobne pytanie udzieliła również Diana. Arcybiskup zadał wobec tego uświęcone tradycją pytanie o to kto oddaje tę kobietę temu oto mężczyźnie, na co obudził się hrabia Spencer i podał rękę córki arcybiskupowi, aby on z kolei przekazał ją Karolowi. Potem Karol Philip Arthur George oraz Diana Frances złożyli swoje już wtedy niewiele warte przysięgi i ogłoszono ich mężem i żoną. Ach, po drodze jeszcze książę Walii włożył na palec swojej księżnej obrączkę. 

Embed from Getty Images

Następnie można było wysłuchać śpiewu chóru, a potem przedstawiciel Izby Gmin odczytał słynny list Św. Pawła do Koryntian (ten o miedzi brzęczącej i cymbale brzmiącym), a jeszcze później kapłan przemawiający do Karola i Diany oraz do wszystkich zgromadzonych w katedrze Św. Pawła gości powiedział, że bajki kończą się zwykle zdaniem "i żyli długo i szczęśliwie", co z dzisiejszego punktu widzenia wydaje się jakąś ponurą przepowiednią. 

Potem trzeba było jeszcze przetrwać kilka formalności, w czasie których Diana bodaj pierwszy raz oficjalnie nazwana została księżną Walii. Znaleziono też chwilę na hymn, którzy ochoczo śpiewali wszyscy poza królową. Swoją drogą, to musi być dziwne uczucie, kiedy cały kraj przy każdej możliwej okazji śpiewa pieśń z wezwaniem Boga do chronienia cię, podczas gdy ty sama stoisz i słuchasz tego z iście pokerowym wyrazem twarzy. Chociaż, przez tyle lat można się chyba przyzwyczaić do wszystkiego. 

Embed from Getty Images

W następnej kolejności najważniejsi członkowie rodziny królewskiej w parach - królowa z małżonkiem, jej matka z księciem Andrzejem i książę Edward z księżniczką Anną udali się razem z młodymi małżonkami poza zasięg kamer. Za nimi podążała rodzina panny młodej - jej rozwiedzeni w atmosferze skandalu rodzice szli pod rękę, a za nimi kroczyła babka Diany, rezolutna lady Fermoy, dama dworu Królowej Matki. W ławce, niczym zwykły śmiertelnik, musiał zostać ówczesny mąż księżniczki Anny, Mark Phillips oraz, o zgrozo, księżniczka Małgorzata. Razem z resztą podobnych sobie ludzi mieli okazję posłuchać imponujących śpiewów. 

Tymczasem przyszły król i, chciałoby się rzec, przyszła królowa, ale nie - ta owszem, była obecna na ślubie, ale nie w roli panny młodej, a jedynie jednego z gości, więc nie z nią, ale ze swoją świeżo poślubioną żoną oraz resztą rodziny, pojawił się ponownie. Diana złożyła przed królową ukłon (żadna z nich nie mogła mieć wówczas pojęcia, że raptem 16 lat później Elżbieta II zostanie praktycznie zmuszona, żeby się jej odkłonić) i można było opuścić katedrę. 

Po sesji zdjęciowej wykonanej na pamiątkę w Pałacu Buckingham, młoda para pokazała się na słynnym balkonie, zobaczyliśmy krótki pocałunek i to niestety był koniec, a raczej początek końca tego głośnego małżeństwa. 

Więcej na temat samych bohaterów tego wydarzenia przeczytacie w innych tekstach - o Karolu pisałam tutaj (klik), a o Dianie tutaj (klik).


Copyright © 2016 Pięć po piątej , Blogger